środa, 14 grudnia 2011

14 XII 2011 - OPOWIEŚCI O BRONISŁAWIE ZIELIŃSKIM, TŁUMACZU DZIEŁ HEMINGWAYA - relacja ze spotkania z Bartoszem Marcem

W środę 14 XII 2011 roku w Klubie Myśliwskim Hubertus odbyło się spotkanie poświęcone Bronisławowi Zielińskiemu. Prelegentem w czasie spotkania był zaproszony gość - Bartosz Marzec, myśliwy, dziennikarz i autor biograficznej książki "Na wzgórzach Idaho: opowieść o Bronisławie Zielińskim, tłumaczu i przyjacielu Ernesta Hemingwaya".









Nasz gość opowiadał o życiu i twórczości Bronisława Zielińskiego, a także o kulisach jego spotkania z Ernestem Hemingwayem w 1958 roku. 



Sporo uwagi nasz gość poświęcił także opowieści o życiu i twórczości samego Hemingwaya.




O Bronisławie Zielińskim, nasz gość tak pisał w grudniu 2010 roku (źródło: Culture.pl):

Bronisław Zieliński. Tłumacz literatury angielskiej i amerykańskiej. Urodził się 22 sierpnia 1914 roku w Innichen w Górnej Adydze (dziś miejscowość nazywa się San Candido i leży we Włoszech). Zmarł w Warszawie 9 marca 1985 roku. Pochowany tamże na cmentarzu ewangelicko-reformowanym.

Zasłynął jako translator prozy Ernesta Hemingwaya, Johna Steinbecka i Trumana Capote'a.

Wychował się w majątku Żbików pod Warszawą. Ukończył stołeczne gimnazjum im. Stanisława Staszica. Studiował na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1938 otrzymał tytuł magistra. Został skierowany do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Służbę odbył w 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego.


Walczył w kampanii wrześniowej. 2 października 1939 niedaleko Janowa Lubelskiego dostał się do sowieckiej niewoli. Uciekł z transportu wywożącego polskich oficerów na wschód, do obozów jenieckich. Większość z nich została później zamordowana przez NKWD. 

Po powrocie do Warszawy działał w Delegaturze Rządu na Kraj i w redakcji konspiracyjnego "Biuletynu Informacyjnego". Jako oficer Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej brał udział w powstaniu warszawskim. Po kapitulacji uniknął niewoli. Wkrótce po zakończeniu wojny zatrudnił się jako rzeczoznawca w Muzeum Narodowym w Warszawie. Następnie otrzymał posadę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, pomagał w organizacji wizyty gen. Dwighta Eisenhowera w Warszawie. Pracował też w Misji UNRRA w Polsce i na stanowisku redaktora w Zachodniej Agencji Prasowej.

10 października 1947 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa pod zarzutem próby usunięcia przemocą Krajowej Rady Narodowej, Rządu Jedności Narodowej, a następnie Sejmu Ustawodawczego i Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, zagarnięcia ich władzy i zmiany ustroju Państwa Polskiego. (...) Z więzienia wyszedł w październiku 1950 roku.

W roli tłumacza debiutował rok później książką Łuny nad Smithfield Jacka Lindsaya. Następny był Moby Dick Hermana Melville'a. W zgodnej opinii fachowców przekład był kongenialny. Przede wszystkim zasłynął jednak jako tłumacz prozy Ernesta Hemingwaya, Johna Steinbecka i Trumana Capote'a. Wszystkich tych pisarzy poznał osobiście. Wielki sukces odniosły spolszczone przez niego powieści Jamesa Jonesa (Stąd do wieczności, Cienka czerwona linia) oraz Maria Puzo (Ojciec chrzestny).

(...) W Hemingwayu zauroczyło go wszystko: osobowość i twórczość. Spodobał mu się styl - szorstki, niebawiący się w zbytnie ozdobniki. A także romantyzm, ale nie ten ckliwy i przesłodzony.

Literatura Hemingwaya przyniosła Zielińskiemu potwierdzenie tego, co przeczuwał. Tak samo patrzyli na świat, na życie. Wyznawali jedną filozofię, ale to pisarz znalazł dla niej słowa: "Trzeba trwać". Pierwszą książką tego autora, jaką przełożył Zieliński, był Stary człowiek i morze. To z niej zaczerpnął swoje życiowe motto: "Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać". Za najpełniejszego spośród bohaterów Hemingwaya uważał sportretowanego w Komu bije dzwon Roberta Jordana. Imponowało mu, że mężczyźni opisani przez autora Mieć i nie mieć cierpią milcząc, kpiąc z tragedii. Takie sytuacje pamiętał z własnego życia.- Przed wojną brał kiedyś udział w konkursach hippicznych pewien oficer kawalerii, w pięknym mundurze i wyglansowanych butach. Po skoku przez przeszkodę koń padł, zrzucając jeźdźca, który złamał nogę tak fatalnie, że kość goleniowa przebiła cholewę. Oficer, jak przystało na prawdziwego mężczyznę, nie podnosi krzyku, nie histeryzuje. Przeciera monokl, zerka na wystającą kość i spokojnie powiada: - O psiakrew, szkoda buta. Powiedziałbym dzisiaj: - Zachował się iście po Hemingwayowsku. 

Jesienią 1958 roku Bronisław Zieliński wyjechał do Stanów Zjednoczonych na stypendium Fundacji Forda. Organizatorów pobytu poprosił o umożliwienie spotkania z Johnem Steinbeckiem, Trumanem Capote i Ernestem Hemingwayem. To ostatnie życzenie uznano za pobożne. Hemingway unikał rozgłosu i najchętniej przebywał w którejś ze swych wspaniałych posiadłości: na Florydzie, Kubie czy w Idaho.

Tym razem zrobił wyjątek. Okazało się, że spore wrażenie zrobił na nim list Zielińskiego. Przeczytał tam: "Proszę przyjąć wyrazy oddania i wdzięczności za wszystkie wspaniałe chwile spędzone na tłumaczeniu Pańskich książek".

Na koniec poprzedzającej spotkanie rozmowy telefonicznej pisarz upewnił się tylko: "Panie Zieliński, czy jako dobry Polak przybędzie pan trzeźwy czy pijany?". Gdy zaś usłyszał, że gość postara się wcześniej nie pić, odparł: "Cóż, zajmiemy się tym później".

Do trudno dostępnego Ketchum w Idaho doleciał wynajętym przez Hemingwaya małym jednosilnikowym samolotem. Lądowali o zmierzchu na polanie. Pisarz wyszedł na spotkanie gościa, schwycił jego walizki i pomógł je nieść.- Był to człowiek, któremu obce były wszelkie maniery gwiazdora, mistrza. Cenił sobie prostotę, nie uznawał żadnych konwenansów. Byłem w domu Hemingwaya trzy i pół dnia. Przez ten czas tylko raz włożył krawat, a to z okazji uroczystej pożegnalnej kolacji. Wytrzymał w krawacie jednak tylko pół godziny. Był wielkim pisarzem, miał pełną świadomość swojej wartości i swojej pozycji we współczesnej literaturze światowej, a jednocześnie nie zdradzał żadnego "zepsucia" sławą. Potrafił niezwykle uważnie i cierpliwie słuchać rozmówcy.

W Ketchum panowie gawędzili o literaturze, pokrzepiając się kalifornijskim chianti. W przerwach polowali na bażanty, kuropatwy i króliki. Hemingway od razu przezwał Zielińskiego Magnetic Pole, co stanowi grę słów. Można to odczytać jako "biegun magnetyczny" lub "magnetyczny Polak". W listach zwracał się zaś do niego "Stary Wilku". (...)